
Mysłowice zasługują na spokojne zarządzanie, a nie politykę prowadzoną z poziomu transmisji na żywo. Sprawa szpitala, wycofanie się z rozmów z Jaworznem i wcześniejsze zamieszanie wokół 666-lecia miasta pokazują styl rządzenia, w którym decyzje najpierw się ogłasza, potem broni przed krytyką, a na końcu odwołuje pod wpływem emocji.
W dobrze zarządzanym mieście decyzje dojrzewają w dokumentach, analizach, konsultacjach i rozmowach z mieszkańcami. W Mysłowicach wygląda to, jakby dojrzewały w komentarzach pod postami, podczas transmisji na żywo i pod wpływem konfliktów z „hejterami”. To słowo stało się wygodnym wytrychem. Można nim zamknąć dyskusję, odepchnąć pytania, zbagatelizować krytykę i zasugerować, że problemem nie jest decyzja władzy, lecz ludzie, którzy ją oceniają.
Jednak miasto to nie profil społecznościowy, szpital to nie relacja live, a rocznica założenia to nie kampania viralowa. Pod przewodem Dariusza Wójtowicza zarządzanie Mysłowicami polega na tym, że najpierw wrzuca on pomysł, następnie sprawdza temperaturę oburzenia, a na końcu ogłasza odwrót, tłumacząc się presją hejterów.
Szpital w Mysłowicach i decyzja ogłoszona na żywo
Sprawa Szpitala nr 2 w Mysłowicach choć poważna, stała się kolejnym odcinkiem politycznego serialu „Świat według Darka”. Najpierw pojawił się list intencyjny i rozmowy o możliwej współpracy z Jaworznem, co zaskoczyło radnych, pracowników, liderów związków zawodowych, dziennikarzy i mieszkańców.
Potem przyszedł zwrot i prezydent Dariusz Wójtowicz podczas transmisji na żywo wydał edykt, że rozmów z Jaworznem już nie będzie. Można się zgadzać albo nie zgadzać z samym kierunkiem tej decyzji, bo być może współpraca z Jaworznem była złym pomysłem, a może po prostu wymagała głębszych analiz. Kto wie, pracownicy szpitala i mieszkańcy mieli rację, że trzeba było zatrzymać ten proces. Nie rozstrzygam tego.
Problemem jest styl
Jeżeli włodarz najpierw podpisuje list intencyjny, uruchamia emocje wokół szpitala, wywołuje niepokój pracowników i mieszkańców, a potem wycofuje się z tego w wystąpieniu na żywo, to trudno mówić o przemyślanym, mądrym zarządzaniu. Wygląda to na jazdę bez trzymanki i jeszcze to tłumaczenie, że wszystkiemu winni są hejterzy.
Jednak mysłowiczanie nie oczekują od prezydenta walki z hejterami, a planu działania. Chcą wiedzieć, jaki jest stan finansów szpitala, jakie są warianty ratowania placówki, ile one kosztują, jakie mają skutki dla pacjentów, pracowników i budżetu miasta. Zależy im też na rozmowie przed podjęciem decyzji.
Hejter jako wygodny bohater zastępczy
W lokalnej mysłowickiej polityce „hejter” bywa figurą bardzo użyteczną, bo nie trzeba z nim rozmawiać, bo przecież „hejtuje”, ani nie warto mu odpowiadać, bo przecież „atakuje” i nie należy traktować go poważnie, bo przecież „jest częścią politycznej nagonki”. W ten sposób do jednego worka można wrzucić wszystkich: radnego z pytaniami, mieszkańca z wątpliwościami, pracownika szpitala z obawami, lidera związkowego walczącego o załogę i dziennikarza, który chce konkretów.
Wygodne dla władzy, fatalne dla miasta
Jeśli każda krytyka staje się hejtem, to znika przestrzeń do normalnej rozmowy, bo władza zamyka się w twierdzy, za drzwiami zabezpieczonymi domofonem. Mysłowiczanie słyszą ze strony Magistratu tylko propagandowe slogany – my pracujemy, oni przeszkadzają; my budujemy, oni atakują; my chcemy dobrze, a oni sieją zamęt. W ten sposób prezydent idzie na konfrontację z całym światem.
Paradoks polega na tym, że prezydent wielokrotnie skarży się na hejterów, a jednocześnie jego zaplecze medialne i kojarzone z nim kanały komunikacji same używają ostrego, napastliwego języka. To postawa niebudząca zaufania mieszkańców.
666-lecie Mysłowic, czyli miasto zarządzane nastrojem
Podobny mechanizm zadziałał przy obchodach 666-lecia Mysłowic. Sam pomysł wykorzystania nietypowej rocznicy mógł wydawać się ciekawy, czy żartobliwy, jednak mógł budzić wątpliwości, bo wrażliwości mieszkańców mają różne odcienie i takie rzeczy trzeba robić z wyczuciem. Jednak, jak to w Mysłowicach – Dariusz Wójtowicz nie rozmawiał z nikim.
Najpierw więc pojawiła się koncepcja, która miała przyciągnąć uwagę, potem przyszła krytyka, a finalnie odwrót. Znowu podobny schemat: pomysł, emocje, konflikt, wycofanie. Zamiast wcześniejszej rozmowy – reakcja na pożar i gaszenie nastrojów i wrażenie, że miasto samo przestraszyło się własnego pomysłu.
Chodzi o coś znacznie ważniejszego niż tylko rocznica lub tylko promocyjna wpadka. W zarządzaniu miastem właśnie z takich „tylko” składa się obraz władzy. Jeśli podobny schemat powtarza się przy kulturze, szpitalu, terenach zielonych, odpadach czy opłatach komunalnych, mieszkańcy mają prawo podejrzewać, że mają z metodą kiepskiego zarządzania.

Mysłowice potrzebują planu, nie polityki odruchów
Największym problemem takiego stylu rządzenia jest nieprzewidywalność, bo nikt nie wie, czy dzisiejsza deklaracja będzie obowiązywać za miesiąc. Partnerzy nie wiedzą, czy podpisane porozumienie przetrwa pierwszą falę krytyki. Pracownicy miejskich instytucji nie wiedzą, czy uczestniczą w realnym procesie, czy w scenografii do kolejnego wystąpienia.
Tak się nie buduje zaufania
Bywa, że kierowanie miastem wymaga decyzji niepopularnych, jednak dobry prezydent nie jest od tego, by każdemu się podobać. Szef samorządu musi mieć swoje zdanie i powinien potrafić argumentować, po co coś robi, na jakich danych się opiera, jakie są ryzyka i jakie będą konsekwencje. Jeśli decyzja jest słuszna, należy jej bronić, a jeśli jest błędna, trzeba umieć uczciwie przyznać się do błędu.
Mysłowice potrzebują mniej autopromocji emocjonalnych politycznych lajwów, a więcej procedur i zwykłego, nudnego, ale skutecznego zarządzania. Bardziej od opowieści o hejterach mieszkańcom przydadzą się odpowiedzi na pytania.
Cena chaosu płacona przez mieszkańców
Styl zarządzania ma realne skutki, bo od niego zależy jakość decyzji, zaufanie do urzędu, gotowość partnerów do współpracy i poczucie bezpieczeństwa mieszkańców. Nie każde pytanie jest atakiem, nie każda krytyka to od razu hejt, a nie każdy przeciwnik to śmiertelny wróg. Z kolei transmisja na żywo, to niekoniecznie idealny moment dla podejmowania kluczowych decyzji dla miasta.
Prezydent Wójtowicz ma oczywiście prawo zmieniać zdanie, czy skorygować kurs, ale mieszkańcy mają prawo oczekiwać, że za zmianą decyzji stoi analiza, a nie polityczna przepychanka z rzekomymi hejterami.
Bo jeśli miasto ma być zarządzane pod wpływem lajwów, komentarzy i medialnych spięć, to osobiste problemy włodarzą stają się problemem Mysłowic.
Marcin Stroński




