Kraków kliknął „odwołaj”. Co z Mysłowicami?

Udostępni

Kraków nie czekał na kolejny filmik z uśmiechem, hasztagiem i zapewnieniem, że „da się”. Poszedł do urn. Według exit poll frekwencja w referendum wyniosła 29,99 proc (ponad 176 tys. głosów). Za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego zagłosowało 97,8 proc. uczestników (171,5 tys.), a za odwołaniem Rady Miasta – 96 proc., którą ocalił wyższy próg frekwencyjny. 

Wynik nie spadł z nieba

Krakowianie wystawili rachunek za butę, niesłuchanie mieszkańców, zadłużanie miasta, obsadzanie stanowisk krewnymi i znajomymi królika oraz nieustanne brylowanie na zdjęciach, filmikach i rolkach. Z tych aktywności powstała polityczna mieszanka wybuchowa. Prezydent chciał być wszędzie widoczny, ale niekoniecznie tam, gdzie mieszkańcy oczekiwali rozmowy. Teraz Aleksander Miszalski musi szukać nowego zajęcia.

Prezydent Krakowa zirytował mieszkańców.

Mysłowickie podobieństwa

Władza często myli komunikację z rozmową. Komunikacja to rolka, fotka z przedszkola, live na Facebooku i kolejna słitfocia. Rozmowa zaczyna się wtedy, gdy mieszkaniec mówi: „Panie prezydencie, tego się tak nie robi”, a po drugiej stronie nie ma zamkniętych drzwi urzędu, domofonu ogradzającego gabinet z prezydentem Wójtowiczem od zwykłych ludzi jak twierdza.

Buta, jaką prezydent Mysłowic i jego współpracownicy prezentują na sesjach, stwierdzenia w rodzaju „bo mogę” albo „odpowiem na piśmie”, obrażanie w gazetkach i mediach społecznościowych tych, którzy myślą inaczej, a do tego finansowanie miejskiej propagandy z publicznych pieniędzy – to wszystko tworzy wspólny mianownik z krakowską historią. Miszalskiego i Wójtowicza łączy przekonanie, że wystarczy dobrze opakować władzę, a mieszkańcy nie zauważą, co znajduje się w środku i będą przyklaskiwać kiepskiemu zarządzaniu.

Obu panów prezydentów łączy także zadłużanie samorządu i brak czytelnej wizji rozwoju. Obaj mają skłonność do otaczania się politycznymi nominatami, ludźmi z własnego kręgu i osobami, które bardziej gwarantują lojalność niż jakość zarządzania. Kraków miał dość miasta prowadzonego jak kampania promocyjna z funkcją administracyjną. W Mysłowicach ten mechanizm brzmi aż nazbyt znajomo.

Prezydent Mysłowic lubi mówić do kamery, ale przed trudnymi rozmowami z mieszkańcami odgradza się domofonem.

U nas również dużo się opowiada o działaniu, rozmowie, wyjaśnianiu i interwencjach. Co chwilę słyszymy o inwestycjach, które nadejdą w bliżej nieokreślonej przyszłości. Gdy jednak pojawia się realny problem, mieszkańcy zbyt często dostają nie odpowiedź, lecz jednostronny komunikat. Jakby urząd był nadajnikiem, a miasto miało tylko odbierać sygnał.

Szpital jako papierek lakmusowy

Tak dzieje się choćby wokół Szpitala nr 2. Gdy prezydenci Mysłowic i Jaworzna podpisali list intencyjny dotyczący współpracy, w debacie publicznej natychmiast pojawiły się obawy pracowników i mieszkańców o przyszłość lecznicy. Lokalnie zaczęto mówić o ryzyku stopniowego „wchłonięcia” mysłowickiego szpitala przez większy ośrodek. Zamiast spokojnego, rzeczowego tłumaczenia pojawiła się znana melodia: proszę się nie martwić, wszystko jest pod kontrolą, kto pyta, ten przesadza.

Propaganda za pieniądze z miejskich spółek wkurza ludzi.

Wójtowicz na swojej stronie napisał potem z charakterystyczną dla siebie butą, że „związkowcy przejrzeli na oczy”. Trudno o lepszy przykład sposobu myślenia tej władzy. Dopiero prezydent łaskawie odsłonił im prawdę personelowi szpitala. Nic dziwnego, że niedługo później przedstawiciele pracowników irytowali się tym wpisem.

Wkurzanie mieszkańców

Kraków miał podwyżki cen biletów i opłat za parkowanie. Mysłowice mają parking przy Mikołowskiej, gdzie zamiast poważnej rozmawiać z mieszkańcami, lepiej obrażać radnego Bąka, który prezentuje stanowisko okolicznych mysłowiczan. Do tego dochodzą miejskie finanse, spory o interpelacje, pytania o zadłużenie i decyzje podejmowane tak, jakby mieszkańcy byli dodatkiem do urzędowej układanki.

„Głos Mysłowic” pisał już o zarzutach radnych dotyczących milczenia urzędu, przeciągania odpowiedzi na interpelacje i lekceważenia obowiązków wobec rady. Bywa, że radni tygodniami czekają na odpowiedzi w sprawach zgłaszanych przez mieszkańców.

W Krakowie jednym z zarzutów było zatrudnianie „swoich” na różnych stanowiskach. W Mysłowicach również trudno nie dostrzec politycznej nagrody dla lojalnych. Dodatkowe gaże, miejskie funkcje, przychylne media, udawane dziennikarstwo z iTVM czy tzw. bezpłatne gazetki finansowane przez miejskie instytucje.

Miejskie media lubują się w jednostronnym przekazie.

Do tego dochodzi finansowy cień. CtMysłowice pisało o około 200 mln zł zadłużenia oraz o dodatkowych obciążeniach, które – po doliczeniu braków w spółkach, poręczeń, zaległości wobec transportu metropolitalnego i ZUS – mogą znacząco powiększać realny ciężar dla miasta. Nie można też pomijać krytycznych uwag Regionalnej Izby Obrachunkowej wobec budżetu. W Krakowie zadłużenie było drugim najczęściej wskazywanym powodem udziału w referendum.

RIO wskazuje, że Mysłowice toną w długach, dlatego ustala nam budżet.

Jest jeszcze drobny buty prezydenta: służbowy citroen pozostawiony na środku chodnika. CtMysłowice opisało sprawę, w której Sąd Rejonowy w Mysłowicach wydał wobec Dariusza Wójtowicza wyrok nakazowy. Chodziło o zatrzymanie pojazdu na chodniku bez pozostawienia wymaganej szerokości przejścia. Wcześniej urząd potwierdzał, że za kierownicą siedział prezydent. Politycznie – gotowa metafora. W Mysłowicach znów okazuje się, że są równi i równiejsi.

Prezydentowi wolno więcej? Zdj. ctmyslowice.pl

Koniec ery klakierów

Podobieństwa Miszalskiego i Wójtowicza nie polegają na identycznych decyzjach, a na stylu. Niesłychana pewność siebie prezydenta, a potem zdziwienie, że ludzie mają inne zdanie. Tak było choćby z próbą sprzedaży i wycinki lasu na Brzęczkowicach, której gremialnie sprzeciwili się mieszkańcy dzielnicy.

Największym wrogiem samorządowca nie jest opozycja, lokalny portal ani mieszkaniec z telefonem. Problem to przekonanie, że urząd miasta działa jak prywatny kanał komunikacyjny i własny folwark prezydenta, gdzie prezydent nadaje, a mieszkańcy biją mu brawo. A kto nie klaszcze, ten się nie zna, przeszkadza albo źle życzy miastu.

Kraków przypomniał, że mieszkańcy mają więcej narzędzi niż komentarze pod postami, tak często blokowane przez mysłowickiego włodarza. Lokalna społeczność może zebrać podpisy, zorganizować referendum, pójść do urn i zakończyć rządy butnego prezydenta. W Mysłowicach warto przyjrzeć się dokładnie krakowskiej historii.

Bo kiedy ludzie widzą za dużo PR-u, a za mało rządzenia, nawet najlepszy kadr przestaje działać. A wtedy żaden filmik, żadna gazetka i żaden uśmiech do kamery nie zasłonią pytania, które wraca jak bumerang: kto tu właściwie jest dla kogo – mieszkańcy dla prezydenta, czy prezydent dla mieszkańców?

Marcin Stroński

5 2 głosów
Ocena artykułu
Subskrybcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy najwięcej głosów
Wbudowane opinie
Zobacz wszystkie komentarze
Scroll to Top