Mysłowiczanin, którego pokochała Warszawa

Udostępni

W kultowej komedii „Nie lubię poniedziałku” pojawia się właściwie na chwilę młody, szczupły chłopak, który podchodzi do domofonu i recytuje wiersz Antoniego Słonimskiego o nocnej Warszawie. Tym chłopakiem był Andrzej Nardelli z Mysłowic – jedna z największych nadziei polskiego aktorstwa przełomu lat 60. i 70. Niestety śmierć upomniała się o niego zbyt szybko.

Młody czas

Zanim pojawiła się Warszawa, było dzieciństwo w domu przy ul. Wojska Polskiego 15. Andrzej urodził się 7 kwietnia 1947 roku jako trzecie z siedmiorga dzieci Stefanii i Waleriana Nardellich. Rodzina ojca miała włoskie korzenie, stąd nazwisko, które na powojennym Śląsku musiało brzmieć egzotycznie. Przyszły aktor chodził do Szkoły Podstawowej nr 5, a później do I Liceum Ogólnokształcącego im. Tadeusza Kościuszki, równocześnie uczył się gry na skrzypcach.

W I LO powstawały szkolne zespoły muzyczne, w tym jazzowe, a wśród występujących w nich uczniów-solistów wyróżniał się Andrzej Nardelli. Zanim więc oglądała go publiczność Teatru Narodowego, występował przed kolegami i nauczycielami w Mysłowicach.

Aktorstwo ciągnęła go bardziej niż skrzypce, dlatego w domu namawiał rodzeństwo do odgrywania baśni braci Grimm, a podczas szkolnych akademii recytował wiersze. Jego siostra wspominała po latach, że dyrektorka szkoły Maria Apollo siadała w pierwszym rzędzie i wzruszała się jego występami. Kiedy Andrzej miał 20 lat, zmarł jego ojciec, więc matka została sama pracując na kilku etatach, bo zależało jej, by dzieci kontynuowały edukację artystyczną.

Warszawa wzywa

W 1964 roku Nardelli dostał się za pierwszym razem do warszawskiej PWST, gdzie studiował m.in. wraz z Piotrem Fronczewskim, Andrzejem Sewerynem i Maciejem Englertem. Początkowo Nardelli nie wyglądał na największą przyszłą gwiazdę rocznika, koledzy zapamiętali go jako nadwrażliwego, ruchliwego, ekspresyjnego. Fronczewski po latach wspomni – jedni się uczyli, inni reżyserowali albo ćwiczyli, a Andrzej Nardelli tańczył.

Po dyplomie w 1968 roku trafił do Teatru Współczesnego, a w następnym sezonie Adam Hanuszkiewicz zaprosił go do Teatru Narodowego. Pierwszy poważny sukces przyniosła Nardellemu rola Orcia w „Nie-Boskiej komedii”.

Andrzej Nardelli w Nie-boskiej komedii z Adamem Hanuszkiewiczem, fot. nac.gov.pl

W 1970 roku, mając zaledwie 23 lata, został Kordianem, gdy Hanuszkiewicz zrobił z romantycznego bohatera chłopaka bliskiego młodym ludziom: w okrągłych okularach, niespokojnego, zagubionego i szukającego sensu. Nardelli wychodził jako Kordian na scenę ponad 80 razy i był najmłodszym odtwórcą tej roli w historii polskiego teatru. Na scenie wspinał się po drabinie będącej jednocześnie Mont Blanc i klatką. Spektakl wywołał burzę – ukazało się blisko czterdzieści recenzji i polemik.Po przedstawieniach czekały na niego młode wielbicielki, przynosiły maskotki i prosiły o autografy. Hanuszkiewicz miał po latach powiedzieć: Takiego Kordiana jak on nie było i długo nie będzie. Chłopak, któremu początkowo nie wszyscy wróżyli wielką karierę, w ciągu zaledwie kilku lat znalazł się w centrum teatralnej Warszawy.

Andrzej Nardelli jako Kordian
Andrzej Nardelli jako Kordian, fot. encyklopediateatru.pl

Nardelli śpiewał w Piwnicy Wandy Warskiej utwory Andrzeja Kurylewicza do poezji Cypriana Kamila Norwida, występował w telewizji, nagrywał piosenki i aż szesnaście razy pojawił się w Teatrze Polskiego Radia. Można go zobaczyć w „Szkicach warszawskich”, „Przygodach psa Cywila” i kultowym „Nie lubię poniedziałku”. Największą rolę filmową – maturzysty Krzysztofa w „Szklanej kuli” Stanisława Różewicza – zagrał w 1972 roku. Film miał premierę już po jego śmierci.

Przerwana linia

W ostatnich miesiącach życia Nardelli dużo pracował ze zmarłą pod koniec ubiegłego roku piosenkarką Magdą Umer. W kwietniu 1972 roku oboje kręcili w Bieszczadach widowisko muzyczne. Pierwszy dzień zdjęciowy przypadł dokładnie w 25. urodziny Nardellego, który przyjechał pociągiem z mocno sfatygowanym tortem. Żartował, że następny będzie już w lepszym stanie i znajdzie się na nim 26 świeczek. Nie zdążył…

Andrzej Nardelli z Magdą Umer, fot. nac.gov.pl

11 czerwca 1972 roku aktor przebywał u stryja Zdzisława Nardellego w Starym Orzechowie nad Narwią, gdzie pomagał przy pracach budowlanych. W upalny dzień poszedł się wykąpać i utonął. W relacjach rodziny pojawiła się później informacja o nagłym wzroście poziomu wody po otwarciu śluzy, badano również hipotezę samobójstwa, ale nie została ona potwierdzona.

Nardellego pochowano na Cmentarzu Parafialnym Mysłowicach przy Mikołowskiej, w garniturze przygotowanym na występ w Opolu. Kiedy Magda Umer podczas próby zaśpiewała sama piosenkę, którą mieli wykonać razem, a płakać miała cała orkiestra.

Nardelli nie został całkiem zapomniany, bo od 1999 roku Związek Artystów Scen Polskich przyznaje Nagrodę im. Andrzeja Nardellego za najlepszy debiut aktorski. Jej laureatami byli później m.in. Marcin Hycnar, Mikołaj Roznerski, Tomasz Schuchardt czy Marieta Żukowska. ZASP tłumaczy wybór patrona właśnie jego niezwykłą pozycją osiągniętą w młodym wieku.

Andrzej Nardelli w „Nie lubię poniedziałku”, fot. filmpolski.pl

Andrzej Nardelli to chłopak z Mysłowic, który w ciągu zaledwie kilku zawodowych sezonów zdążył wejść na scenę Teatru Narodowego, zostać jednym z najgłośniejszych Kordianów swoich czasów, śpiewać Norwida, grać w radiu, telewizji i filmie oraz pozostawić po sobie nazwisko, którym do dziś nagradza się najzdolniejszych młodych polskich aktorów. Miał 25 lat i choć właściwie dopiero zaczynał pozostawił po sobie trwały ślad. Gdyby nie wczesna śmierć, dziś obok swoich kolegów z roku jednym najgłośniejszych nazwisk polskiego teatru i filmu.

Marcin Stroński

5 2 głosów
Ocena artykułu
Subskrybcja
Powiadom o
guest
0 komentarzy
najnowszy
najstarszy najwięcej głosów
Wbudowane opinie
Zobacz wszystkie komentarze
Scroll to Top