Mieszkańcy Larysza przez lata alarmowali, że teren przy ul. Ptasiej 7 w Mysłowicach staje się miejscem niebezpiecznym, zaniedbanym i pozostawionym samemu sobie. Dawny teren po torze motocrossowym, zamiast zostać uporządkowany i zabezpieczony, zamienił się w przestrzeń ruin, libacji, dzikiego wysypiska i hałd starego asfaltu. Dziś Miejski Zarząd Gospodarki Komunalnej ogłasza przetarg na rozbiórkę pustostanów i sprzątanie działki. Pytanie brzmi jednak: dlaczego dopiero teraz?
Sprawa Ptasiej 7 nie pojawiła się wczoraj. To problem znany od lat. Już w grudniu 2022 roku Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego wydał siedem decyzji nakazujących uporządkowanie terenu. Pierwotnie działania miały zostać wykonane do sierpnia 2023 roku. Termin był jednak przesuwany. Ostateczna data została wyznaczona na 31 grudnia 2025 roku. Mimo to ruiny nadal stały, teren pozostawał niezabezpieczony, a mieszkańcy wciąż musieli żyć obok miejsca, które coraz bardziej przypominało strefę porzuconą przez miasto.

To właśnie ta chronologia jest dla władz Mysłowic najbardziej obciążająca. Nie można mówić o nagłym problemie, nie można zasłaniać się zaskoczeniem, nie można udawać, że sprawa wymagała dopiero „rozpoznania”. Miasto wiedziało o zagrożeniu. MZGK wiedział o stanie pustostanów. Mieszkańcy wiedzieli, że miejsce przyciąga osoby postronne, młodzież i uczestników nocnych libacji. Wiedział też nadzór budowlany, skoro wydał decyzje nakazujące działanie.
Przez długi czas odpowiedź instytucji była jednak przewidywalna: brak środków, przesunięte terminy, oczekiwanie, kolejne deklaracje. Tyle że w sprawach dotyczących bezpieczeństwa publicznego takie tłumaczenie brzmi wyjątkowo słabo. Jeśli opuszczone budynki grożą zawaleniem, jeśli teren nie jest skutecznie zabezpieczony, jeśli regularnie wchodzą tam osoby postronne, to nie jest to problem estetyczny ani „dzielnicowa uciążliwość”. To realne zagrożenie życia i zdrowia.

Szczególnie trudno przyjąć tłumaczenia o braku pieniędzy, gdy spojrzy się szerzej na sposób wydatkowania publicznych środków w Mysłowicach. Gdy chodzi o bezpieczeństwo mieszkańców, rozbiórkę niebezpiecznych pustostanów, zabezpieczenie terenu czy likwidację dzikiego wysypiska, mieszkańcy przez lata słyszeli o ograniczeniach budżetowych. Ale gdy chodziło o miejską propagandę, gazetki promujące władzę, zatrudnianie osób odpowiedzialnych za polityczny PR czy utrzymywanie nad wyraz rozbudowanej Kancelarii Prezydenta Miasta – środki jakoś się znajdowały.
To rodzi zasadnicze pytanie o priorytety ekipy Dariusza Wójtowicza. Czy naprawdę w mieście nie było pieniędzy na usunięcie zagrożenia przy ul. Ptasiej, czy po prostu przez lata ważniejsze były działania wizerunkowe? Przez ten czas na komunikację, promocję, obsługę medialną i rozbudowane zaplecze prezydenckie mogły zostać wydane setki tysięcy złotych, a być może nawet kwoty idące w miliony. Tymczasem mieszkańcy Larysza musieli patrzeć na ruiny, śmieci, hałdy asfaltu i miejsce, które wieczorami stawało się przestrzenią libacji.

Władza, która zasłania się brakiem pieniędzy przy sprawach dotyczących bezpieczeństwa, a jednocześnie inwestuje w propagandowe opakowanie własnych działań, sama wystawia sobie ocenę. Bo budżet miasta to nie tylko liczby w tabelach. To przede wszystkim hierarchia decyzji. A sprawa Ptasiej 7 pokazuje, że przez lata bezpieczeństwo mieszkańców przegrywało z politycznym pijarem.
Szczególnie bulwersujący jest wątek dzikiego wysypiska. Według relacji, na terenie przy Ptasiej znajdowały się hałdy starego asfaltu pochodzące jeszcze z remontu ul. Dzierżonia. Jeżeli miasto samo dopuściło do składowania tam materiałów, to trudno się dziwić, że z czasem teren zaczął przyciągać kolejne nielegalne odpady. W praktyce powstał sygnał: skoro można tu zostawić asfalt, można zostawić też śmieci. A potem przez lata mieszkańcy oglądali skutki tej urzędniczej bezradności.
Dopiero zainteresowanie mediów i narastająca presja społeczna przyniosły przełom. Po publikacjach lokalnych i materiale „Aktualności” TVP3 Katowice magistrat nagle znalazł energię do działania. Podczas kwietniowej sesji Rady Miasta zabezpieczono w budżecie 240 tys. zł na likwidację zagrożenia i uprzątnięcie działki. Następnie 7 maja MZGK ogłosił przetarg na rozbiórkę pustostanów i sprzątanie terenu. Termin składania ofert upływa 22 maja.
I właśnie tutaj pojawia się najważniejszy polityczny wniosek: Dariusz Wójtowicz i jego zaplecze najwyraźniej zaczynają działać dopiero wtedy, gdy robi się głośno. Gdy mieszkańcy skarżą się po cichu – problem może latami tkwić w urzędniczej szufladzie. Gdy jednak pojawiają się media, kamery i publiczne pytania, władza nagle „odkrywa” sprawę i zaczyna podejmować decyzje. To pokazuje, że w Mysłowicach presja społeczna i medialna często działa skuteczniej niż standardowe procedury, pisma, apele mieszkańców czy decyzje organów nadzorczych.
Trudno nie odnieść wrażenia, że prezydent Wójtowicz wymięka wtedy, gdy sprawa przestaje być lokalnym problemem „schowanym w dzielnicy”, a zaczyna być publicznym obrazem zaniedbań jego administracji. Wtedy nagle znajdują się pieniądze, pojawiają się decyzje, rusza przetarg i zaczyna się komunikowanie działań. Tyle że mieszkańcy Larysza mieli prawo oczekiwać reakcji dużo wcześniej – zanim pustostany stały się miejscem libacji, zanim śmieci zaczęły rosnąć w oczach, zanim temat trafił do mediów.
Nie można też pomijać pytania o odpowiedzialność MZGK. Skoro teren był miejski lub zarządzany przez miejską jednostkę, to obowiązkiem zarządcy było jego skuteczne zabezpieczenie. Tymczasem mieszkańcy relacjonowali brak trwałych ogrodzeń, dziury w ścianach, swobodny dostęp do ruder i realne ryzyko wypadku. W takim stanie rzeczy mówienie wyłącznie o „braku środków” jest niewystarczające. Zarządzanie mieniem publicznym nie polega na czekaniu, aż problem stanie się medialny.

Ogłoszenie przetargu jest oczywiście dobrą informacją. Mieszkańcy Larysza mają prawo odetchnąć z nadzieją, że po latach zaniedbań wreszcie pojawi się sprzęt, który usunie ruiny i uporządkuje teren. Ale nie powinno to przykrywać zasadniczej oceny całej sytuacji. To nie jest sukces władz miasta. To raczej spóźniona reakcja na problem, który zbyt długo ignorowano.
Teraz mieszkańcy powinni patrzeć magistratowi na ręce. Sam przetarg nie rozwiązuje sprawy. Kluczowe będzie to, czy rozbiórka faktycznie zostanie przeprowadzona, czy odpady zostaną usunięte, czy teren zostanie zabezpieczony przed ponownym zaśmiecaniem i czy miasto wyciągnie wnioski z własnych zaniedbań.
Ptasia 7 to dziś coś więcej niż jeden zaniedbany adres w Laryszu. To symbol sposobu zarządzania, w którym mieszkańcy zbyt długo muszą prosić o podstawowe bezpieczeństwo, a władza zaczyna działać dopiero wtedy, gdy poczuje oddech opinii publicznej i kamer na plecach. To także pytanie o priorytety: dlaczego na gazetki, propagandę, polityczny PR i rozbudowaną Kancelarię Prezydenta pieniądze przez lata się znajdowały, a na likwidację realnego zagrożenia dla mieszkańców trzeba było czekać aż do medialnej burzy?
mt





