
Przez lata mieszkańcom Mysłowic komunikowano, że problem niebezpiecznych odpadów przy ul. Brzezińskiej został rozwiązany. Dziś ta opowieść rozsypuje się pod ciężarem ustaleń prokuratury. W Wołominie odnaleziono mauzery z odpadami pochodzącymi z likwidowanego składowiska w Mysłowicach, a raport NIK pokazuje, że za politycznym przekazem o sukcesie kryły się poważne nieprawidłowości, braki w nadzorze oraz działania, które do dziś rodzą zasadnicze pytania o standard sprawowania władzy w mieście.
Miała być definitywnie zamknięta sprawa. Miał być dowód skuteczności władz. Miał być koniec jednego z najbardziej niebezpiecznych kryzysów środowiskowych w historii Mysłowic. Zamiast tego mamy powrót tematu w najgorszym możliwym momencie i w najgorszej możliwej formie: nie jako spór polityczny, lecz jako efekt ustaleń prokuratury i kontroli państwowej.
Odpady zniknęły z Brzezinki, ale nie z całej sprawy
27 marca 2026 roku Prokuratura Regionalna w Katowicach poinformowała, że podczas oględzin przeprowadzonych 25 i 26 marca w Wołominie ujawniono zbiorniki typu mauzer o pojemności 1000 litrów, zidentyfikowane jako odpady pochodzące z likwidowanego w 2021 roku składowiska w Mysłowicach. Śledczy przekazali również, że zgromadzony materiał dowodowy wskazuje, iż większość ujawnionych odpadów pochodzi z jednego ze składowisk zlokalizowanych w Mysłowicach i nie została zutylizowana. Prokuratura zaznaczyła też, że Wołomin jest kolejnym miejscem porzucenia odpadów wykrytym w tym śledztwie.
To właśnie ten komunikat całkowicie zmienia sens wcześniejszej narracji. Bo mieszkańców nie interesuje już, czy niebezpieczne substancje przestały stać przy ul. Brzezińskiej w sensie fizycznym. Interesuje ich, czy zostały rzeczywiście i bezpiecznie unieszkodliwione. Jeżeli po latach odnajdują się setki kilometrów od Mysłowic, to znaczy, że polityczne ogłoszenie końca problemu było co najmniej przedwczesne. Ta ocena nie wymaga insynuacji. Wynika z prostego zestawienia publicznych deklaracji z późniejszymi ustaleniami śledczych.
Niemal 100 milionów złotych, powodów do triumfu brak
Operacja usunięcia niebezpiecznych odpadów z Brzezinki należała do największych tego rodzaju przedsięwzięć w Polsce. NIK opisała, że zadanie dotyczyło około 8 tys. ton odpadów, a jego łączny koszt był liczony w dziesiątkach milionów złotych środków publicznych. Sama Izba podkreśliła, że skala zagrożenia uzasadniała nadzwyczajny tryb działania, ponieważ chodziło o odpady stwarzające zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzi oraz środowiska.
Im większa jednak była skala tej operacji, tym większa powinna być przejrzystość, staranność i szczelność nadzoru. Tymczasem z dokumentów wynika obraz odwrotny: im poważniejsza była sprawa, tym więcej po latach pojawiło się w niej luk, niejasności i ustaleń podważających polityczny przekaz o pełnym sukcesie.
NIK: nie wszystkie odpady zagospodarowano, a nadzór był wadliwy
Najwyższa Izba Kontroli nie ograniczyła się do ogólnych uwag. W wystąpieniu pokontrolnym stwierdziła, że choć odpady zostały usunięte z terenu przy ul. Brzezińskiej, nie wszystkie zostały zagospodarowane. Izba wskazała również na nierzetelność i niegospodarność przy realizacji oraz rozliczeniu zadania. Według ustaleń NIK co najmniej 190,372 Mg odpadów niebezpiecznych przekazanych jednemu z podwykonawców znajdowało się później na terenie w Rojkowie. Ponadto jeden z wykonawców przekazał 367,26 Mg odpadów niebezpiecznych podmiotowi, który nie posiadał wymaganego zezwolenia. Kolejne setki kg śledczy znajdują w
kolejnych nowych miejscach. Tym razem w Wołominie.
To są ustalenia, których nie da się sprowadzić do technicznych uchybień. W sprawie tej wagi rozstrzygające nie jest to, czy można wskazać pojedynczy sukces logistyczny. Rozstrzygające jest to, czy państwo i samorząd doprowadziły do skutecznego, legalnego i w pełni kontrolowanego zakończenia całego procesu. Raport NIK pokazuje, że właśnie w tym punkcie pojawiły się zasadnicze problemy. A skoro dziś prokuratura informuje o odnalezieniu odpadów z Mysłowic w Wołominie, wcześniejsze ustalenia kontrolerów nabierają jeszcze cięższego znaczenia.
Najbardziej politycznie obciążający wątek dotyczy samego prezydenta
Najmocniej na wiarygodność władz miasta oddziałuje jednak ten fragment raportu NIK, który dotyczy bezpośrednio Dariusza Wójtowicza. Izba ustaliła, że 14 stycznia 2021 roku prezydent Mysłowic uczestniczył w spotkaniu z głównym wykonawcą w jego siedzibie. Poza prezydentem nie brał w nim udziału żaden inny przedstawiciel ani pracownik urzędu. Nie sporządzono też pisemnego protokołu. NIK wskazała przy tym, że taka forma komunikacji nie była przewidziana ani przez wybrany tryb postępowania, ani przez ustalone zasady porozumiewania się w ramach tego postępowania.
W sprawie wartej niemal 100 mln zł, dotyczącej toksycznych odpadów i bezpieczeństwa mieszkańców, prezydent miasta nie powinien prowadzić nieformalnych, nieprotokółowanych kontaktów z wykonawcą poza standardowym trybem, którego potem bezdyskusyjnie wybrał na wykonawcę zadania za najwyższe koszty.
zagospodarowania 1 tony ze wszystkich podobnych działań. Tego rodzaju działanie nie wzmacnia zaufania do procesu. Przeciwnie, tworzy przestrzeń dla poważnych wątpliwości, których władza publiczna powinna unikać szczególnie skrupulatnie.
CBA interesowało się korespondencją i delegacjami
Dopełnieniem tego obrazu jest zakres zainteresowania Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Z publicznie dostępnego pisma Delegatury CBA w Katowicach wynika, że żądano przekazania m.in. korespondencji e-mailowej między pracownikami urzędu a wykonawcami, delegacji służbowych z lat 2019-2021 dotyczących sprawy odpadów przy ul. Brzezińskiej, w tym delegacji Dariusza Wójtowicza, a także dokumentów i decyzji odnoszących się do wykonawców i podwykonawców. Sam ten zakres nie stanowi jeszcze dowodu na określone relacje czy rozstrzygnięcia, ale pokazuje, że sprawa od dawna budziła zainteresowanie wykraczające poza zwykły administracyjny nadzór.
W praktyce oznacza to, że lokalna władza nie mierzy się dziś wyłącznie z polityczną krytyką przeciwników. Mierzy się z dokumentami urzędowymi, które opisują nieformalny kontakt prezydenta z wykonawcą, wady nadzoru nad realizacją zadania i niepełne domknięcie efektu ekologicznego. To zupełnie inna skala problemu niż zwykły spór o interpretację wydarzeń.
Największy problem Dariusza Wójtowicza to dziś wiarygodność
W polityce samorządowej niejeden kryzys można przetrwać. Da się tłumaczyć skalę trudności, presję czasu i wyjątkowy charakter sytuacji. Znacznie trudniej przetrwać moment, w którym rozsypuje się opowieść budowana przez lata. I to właśnie wydaje się dziś największym problemem prezydenta Mysłowic.
Nie chodzi już tylko o to, że operacja była droga, a śledczy odnajdują odpady setki kilometrów od miasta. Chodzi o to, że mieszkańcom przez długi czas komunikowano obraz sprawy znacznie bardziej uporządkowany, niż wynika to z ustaleń prokuratury i NIK. Im mocniej wcześniej sprzedawano wersję definitywnie załatwionego problemu, tym mocniej dziś wraca pytanie, czy mieszkańcom nie przedstawiono po prostu wygodniejszej wersji rzeczywistości.
Brzezinka wraca jako test jakości lokalnej władzy
Sprawa odpadów z Brzezinki dawno przestała być wyłącznie sprawą środowiskową. Dziś jest również testem jakości lokalnej władzy, przejrzystości decyzji i granic politycznej odpowiedzialności. Jeżeli po wydaniu ogromnych publicznych pieniędzy mieszkańcy dowiadują się, że odpady z Mysłowic zostały odnalezione w Wołominie, a raport NIK zawiera opis nieformalnego, nieprotokółowanego spotkania prezydenta z wykonawcą, to nie sposób utrzymać narracji, że chodzi wyłącznie o kłopotliwy epizod z przeszłości.
Wołomin nie otworzył nowego rozdziału. Wołomin otworzył to, co miało zostać politycznie zamknięte. I właśnie dlatego ta sprawa wraca dziś z taką siłą: nie tylko jako pytanie o odpady, ale jako pytanie o standard rządzenia miastem.
mt




